Strona Główna  |  Materiały do pobrania |  Mapa strony |  Kontakt

Karuzela

RECENZJAInne recenzje dla: "Karuzela" | Zobacz wszystkie recenzje

05.02.2017  |  naczytane.blogspot.com

Jako młodzi, zakochani ludzie, często z zapałem i chęcią obiecujemy coś, co po latach z beztroską łamiemy. Mówimy najpiękniejsze słowa, podarowujemy siebie samych, nie oczekując niczego w zamian. Zmieniamy swoje życia, dostosowujemy swoje tempo do tempa tej drugiej osoby. Poświęcamy się, chociaż dopiero po latach zauważmy, że faktycznie było to wyrzeczenie się własnych praw, marzeń i ambicji.

Renata i Mateusz nie byli udanym małżeństwem. Mieli wprawdzie piękny dom, trójkę uroczych dzieciaków, dosyć pieniędzy, aby móc wygodnie żyć, ale nie mieli kompletnie czasu na to, żeby dostrzec to, co dostali od życia. On był ciągle w pracy, w delegacji lub w ramionach kochanki. Ona wiecznie zabiegana, opiekowała się domem, dziećmi i starała się podtrzymywać to, co lata temu nazywano patetycznie mocą domowego ogniska. Renata całą siebie poświęciła dla rodziny, która tak naprawdę nie istniała. Albo istniała w nieco innej postaci, niż sobie wyobrażała, bo jej mąż w cieniu trzymał za rękę mglistą postać kochanki, która nie miała dzieci, wielu spraw na głowie i miała czas być tylko dla niego.

Pewnego dnia zauważyła u siebie siniaka. Jednego, później drugiego. Z dnia na dzień zaczęła robić się coraz słabsza i słabsza… opieka nad dziećmi stawała się nagle czynnością nie do pokonania, zwykłe zrobienie śniadania zabierało tyle sił, ile wejście na szczyt porządnej góry. Mąż się złościł, bo musiał częściej bywać w domu i jej pomagać, co oczywiście było mu nie na rękę. Po badaniach nad Renatą zawisł wyrok – białaczka w zaawansowanym stadium. W tym samym momencie dowiedziała się o zdradzie męża. I nie mogła rzucać talerzami, nie mogła zrobić mu awantury, nie mogła go spoliczkować, bo nie miała nawet na to siły. Utknęła w szpitalu, walcząc z paskudną chorobą.

W takich książkach zazwyczaj autorzy starają się zbilansować poziom złych emocji, za pomocą śmiechu, rodzinnego ciepła, miłości, wzruszających momentów; robią wszystko, aby powieść nie była zbyt ciężkostrawna w odbiorze, żeby nie była zbyt gorzka. Agnieszka Lis, autorka „Karuzeli” postąpiła inaczej. Brak jest w tej książce chociażby odrobiny pozytywnych uczuć. Ona przytłacza. Każde słowo wlewa się w krwioobieg czytelnika, powoli zatruwając cały organizm. Ale wiecie co? To dobrze. Bo autorka dobrze wie, że życie nie wygląda tak, jak w książkach Picoult czy Chamberlain. Diagnoza nowotworu nie jest równoznaczna z tym, że nagle cała rodzina się odmieni i będą kochali się tak, jak nigdy przedtem.

Złe wspomnienia nagle się nie wymarzą, mąż nie cofnie się w czasie i postanowi nie kochać się z inną kobietą. Dzieci nie zmienią się w dorosłych, samodzielnych i odważnych ludzi a stara matka nie przestanie lamentować nad łóżkiem chorego dziecka, pogorszając jego nastrój. Życie z chorobą jest po prawdzie jeszcze gorsze niż przedtem.

Sam styl pisania jest bardzo prosty. To trochę tak, jakbym czytała notatnik osoby, która obserwowała to wszystko z pewnej odległości. Niemy obecny świadek całej historii. Świadek, który może nie do końca potrafi zainteresować swoim przekazem, ale to nieistotne, bo naiwny czytelnik wierzy, że na końcu wszystko będzie dobrze i czyta dalej, byleby się tylko o tym przekonać. Bo ludzie w gruncie rzeczy wierzą w to głupie, szczęśliwe zakończenie; nauczyło nas tego Hollywood, nauczyły nas tego amerykańskie autorki. Bo tam, nawet kiedy ktoś umiera to z szerokim uśmiechem na ustach, w otoczeniu najbliższych: po cichu i z godnością.

W recenzjach innych osób przeczytałam, że dla nich ta książka pełna jest „przyjaźni, empatii” – ja ich tam nie znalazłam. Kiedy najlepsza przyjaciółka odwiedzała Renatę w szpitalu była bardziej zaabsorbowana swoim kryzysem w związku niż chorobą tak bliskiej sobie osobie. Mąż zachowywał się trochę jak służbista, matka natomiast narzekała wiecznie, że Renata nie ma ochoty jeść jej zup i że trudno jej poradzić sobie z opieką nad trójką wnuków. Sąsiadka ze szpitalnej sali ciągle ganiła Renatę w śląskiej gwarze a pielęgniarki nie okazywały tyle ciepła i współczucia, co siostra Bożenka z „Na dobre i na złe.”

To wszystko było takie… ludzkie. Prawdziwe. Bez otoczki, bez patetyczności. I chyba to właśnie jest największy plus „Karuzeli”. Jej realizm. Ukazanie ludzi od tej strony, której czasami się wstydzą, której nie chcą pokazać. Bo kto przyznałby się publicznie do tego, że choroba żony jest mu niewygodna? Bo rak zmienił jego życie i musi więcej czasu spędzać w domu, przy dzieciach, do czego nie jest przyzwyczajony?

Jeżeli chcecie przeczytać książkę, w której brak jest całej tej otoczki, jeżeli chcecie poznać smutne, ale prawdziwe oblicze ludzi, to polecam „Karuzelę”. Nie obiecuję lekkiej i odprężającej książki – ona was przybije, przygnębi. Ale może i coś w was zmieni. A może nie. Jednak uważam, że warto poznawać i takie historie – smutne, ciężkie, prawdziwe. Jak życie.