Strona Główna  |  Materiały do pobrania |  Mapa strony |  Kontakt

Wywiad z Krzysztofem Habichem

lesznowola24.pl, www.krzysztofhabich.pl, 14.07.2011

BAJKI DLA DOROSŁYCH, UMOWY UBEZPIECZENIOWE DLA UCZNIAKÓW, czyli jak pozostać sobą nie kłaniając się przepisom.

Lokalny serwis informacyjny www.lesznowola24.pl zainicjował cykl rozmów ze znanymi osobami Gminy Lesznowola.
25 czerwca, w trakcie długiego weekendu, poświęcił nam godzinę swojego cennego czasu Pan Krzysztof Habich, wybitny doradca podatkowy, który zasłynął tym, że potrafił wskazać luki w prawie podatkowym wszystkim tym, którzy chcieli słuchać. A słuchać chcieli wszyscy, z wyjątkiem stanowiących to prawo.

Panie Krzysztofie, dlaczego Lesznowola? Dlaczego Magdalenka?

Wprowadziłem się tutaj mniej więcej dwadzieścia lat temu, to żona wybrała miejsce. Trafiła się nam udana nieruchomość. Cichutko, jak u Pana Boga za piecem. Przedtem mieszaliśmy na Sadybie. Chociaż ładna to była część dzielnicy, ale jednak nie to. W Magdalence mieszka nam się bardzo dobrze, z czasem udało nam się dokupić trochę ziemi, toniemy dzięki temu w zieleni. Latem nie wyjeżdżam nigdzie, bo najpiękniej jest w moim ogrodzie w Magdalence. Dopiero zimą ruszam w podróże. Mieszkam w parku, mam olbrzymi teren, mostki, oczka wodne, wodospady, jak w bajce.Zresztą mój, ogród był pokazywany w różnych książkach, czasopismach jako najpiękniejszy prywatny ogród barokowy w Polsce.

Panie Krzysztofie, wczoraj, według Centrum im. Adama Smitha, przypadał dzień wolności podatkowej dla przeciętnego podatnika. Cieszyć się czy płakać z tego powodu?

Przede wszystkim zaprotestuję przeciwko prawdziwości tej informacji. Bo któż to jest przeciętny podatnik? Podatnik, który otrzymuje przeciętną pensję? Jeśli tak, to dzień wolności podatkowej, według moich obliczeń przypada 8 lipca. Centrum Smitha uwzględniło bezrobotnych, rolników, więc ten dzień wolności przesunął się w obliczeniach. Ale to nie dotyczy przeciętnie zarabiającego podatnika. Kiedy to dokładnie przeliczyłem, wyszło mi, że przeciętny podatnik 189 dni płaci podatki. Po nas, Polakach, na ten dzień czekają jeszcze zaledwie cztery kraje: Niemcy, Francja, Szwecja i Norwegia. U nich te dni będą trochę później. Najwcześniej, bo w marcu, dzień wolności świętowali w Indiach, potem w kwietniu w USA, a my jesteśmy na jednym z ostatnich miejsc.

To chyba nie ma się tak bardzo z czego cieszyć.

Zdecydowanie. Szkodliwość podatków jest szalona. Ubożą kraj, bo wywierają wielki wpływ na PKB. Cena produktu to tylko dwa składniki: to, co otrzymują ludzie na ten produkt pracujący i to, co ściąga państwo. Jeśli budżet dostawałby mniej, to ceny produktów byłyby niższe. A wtedy: niższa cena – większy zbyt. A jak już te podatki są ściągnięte, to nie są, po prostu nie mogą być dobrze wykorzystane. Taka jest ludzka natura. Co jest za pieniądze państwa, to jest niczyje. Tak jak w restauracji. Jeśli goście jedzą kraby – to na pewno będzie płacić firma. Jeśli ma zapłacić przeciętny Kowalski – to menu jest znacznie bardziej skromne. Ten mechanizm widzimy i w gminie, i w państwie. Przy okazji ustawy śmieciowej napisałem na swoim blogu, że usłyszałem z dobrze poinformowanych źródeł, iż gmina będzie za nas robić zakupy. No bo skoro Sanepid informuje, że żywność w sklepach jest przeterminowana, że żywność się marnuje – to gmina za nas zrobi zakupy, za nas zdecyduje co kupić, a kupowane produkty będą dobierać dietetycy. Nie będzie cukrzycy, nie będzie otyłości, będę za to wysokie ceny.

Pachnie Orwellem, przerażając wizja. Zmieńmy zatem temat. Panie Krzysztofie, co takiego jest w podatkach, w cyfrach, w liczbach, że tak Pana urzekły? Magia liczb?

Zajmuję się podatkami przypadkowo. Przypadek wynika z samej definicji, że podatek jest zalegalizowanym rodzajem kradzieży. Trzeba się chronić przed złodziejami. Kiedyś opowiadałem młodzieży taką historię: ” Któregoś dnia usłyszałem pukanie do drzwi. Otwieram, a tam dwóch facetów.
- Słucham panów? – pytam.
- Powiemy krótko – oni na to. – Podatki.
- Ale co, podatki?
- Trzeba zapłacić.
- A zwrócicie mi?
- Nie, to bezzwrotne.
- Dostanę coś w zamian?
- Nie, skądże, to nie świadczenie wzajemne.
- A jak nie dam?
- To obowiązkowe. Jak pan nie dasz – zabierzemy.”

Potem zmieniłem temat, a po chwili znowu opowiadam: „Któregoś dnia usłyszałem pukanie...” i kiedy opowiedziałem całą historię drugi raz, zapadła cisza. Zagadnąłem słuchającą mnie młodzież: „Co, myślicie sobie, że mam sklerozę i już zapomniałem, jak przed chwilą wam to opowiadałem? Nie, nie zapomniałem. Nie dodałem jednak, że jedni mieli kominiarki na głowach i byli z mafii pruszkowskiej, a drudzy byli poborcami skarbowymi.” To w takim razie jak mam to rozumieć? – pomyślałem. Którzy są etyczni? Gdzie morale? Czy moralność jest wtedy, kiedy stanowi ją prawo? Zająłem się podatkami, bo nie chciałem być okradany. No a skoro już się tyle o tych podatkach dowiedziałem, to postanowiłem zrobić z tej wiedzy produkt, i zacząłem go sprzedawać. Jak piekarz bułeczki. Tyle, że mój towar nazywał się „zwolnienia podatkowe”. Czyli zająłem się podatkami przez przypadek.

Podatki, podatki, podatki. Ale co poza tym? Co Pana interesuje?

Teraz podatkami mało się zajmuję. Robię inne rzeczy. Pracuję, bo emerytem w tym kraju nie zostanę. Po pierwsze, nie głaszczę tego państwa, to nie będę wyciągać do niego ręki. Po drugie, uważam, że mogę pracować. Trzeba znajdować stosowną do wieku pracę. Ja przyjmuję, że do ostatniego dnia życia będę pracował. Jak już nic innego nie pozostanie, to zamknę blog i otworzę w internecie porady płatne i będę z tego żył.

A następna książka?

Chciałem jeszcze napisać jedną książkę, już ostatnią w życiu. Chcę w niej zamieścić program gospodarczy dla państwa. Oczywiście taki, jakiego jeszcze nigdzie nie stosowano – czyli nowatorski. Ma zawierać reformę pieniężną, emisje specjalnych bonów podatkowych, rozwiązania emerytalne i wiele innych rzeczy. Wszystko po to, żeby zwiększyć PKB. Ma to być twórcza krytyka, czyli z rozwiązaniami. Mnie pisanie zabiera dużo czasu, czyli jest dla mnie nieefektywne. Dlatego nie mogę pisać dla pieniędzy i ta książka ma być ostatnia.

Jestem pod ogromnym wrażeniem, bo ja sama wiem, na własnej skórze doświadczyłam, jak trudno jest napisać książkę. A potem trzeba ją wydać, zatroszczyć się o nią.

Dlatego mówię sobie czasem, że jeśli chcę przeczytać dobrą książkę, to muszę ją sobie napisać :).

Wie Pan, że w tym roku pokazał się film pod takim samym tytułem, jak Pańska książka – „Ostatnich gryzą psy”?

Cóż, to już jest powiedzenie, które funkcjonuje własnym życiem.

Panie Krzysztofie, jakby spojrzeć przez chwilę na Pana życiorys, to jest to kanwa fascynującej, sensacyjnej powieści.

Trzy wytwórnie już się do mnie zgłosiły. Jedna w ubiegłym tygodniu nagrała film dokumentalny, będzie chodził w Internecie, a jesienią będzie wyświetlany na filmowych festiwalach, druga wytwórnia na Śląsku przygotowała scenariusz do filmu dokumentalnego, a wytwórnia z Wrocławia – filmu fabularnego.

To musi być mocne przeżycie. Od wyżyn, nagród, miejsc w czołówce listy WPROST, nagród Biznesmena i Managera Roku – aż po więzienie i publiczne szykany. Co nie zmienia faktu, że do dzisiaj w Internecie funkcjonuje Pan jako ikona pewnego światopoglądu, pewnej postawy.

Ja już mam swój fan-club.

I widać to w sieci. Ale ja mam pytanie od strony typowo ludzkiej. To jest ciekawe, oglądać coś takiego z boku, ale... jak się Pan z tym czuje?

Miałem mocne korzenie. Moi rodzice, nawet w czasach głębokiej komuny, mieli swoje prywatne firmy. Jestem w Polsce zdecydowanie człowiekiem o największym doświadczeniu w prowadzeniu przedsiębiorstw nieuspołecznionych. I pierwszym managerem, który został Managerem Roku za socjalizmu.

Przyszły kiedyś do mnie przemiłe dziennikarki do więzienia i pytały, jak mi się żyje bez jacuzzi. Trzeba mieć dużą odporność i mocny kręgosłup, żeby dać sobie radę w więzieniu. I trzeba umieć się odnaleźć. Pisałem listy miłosne więźniom, poprawiałem mowy adwokackie, niektórzy więźniowie mieli specjalny tryb resocjalizacji w więzieniu, więc czasami pisałem im zadawane wypracowania. A to wniosek o zwolnienie warunkowe, a to o przyznanie mieszkania...

Czyli cały czas porady? Jak nie podatkowe, to z innych dziedzin? Wychodzi z Pana społecznik!

Nigdy nie brałem pieniędzy za porady. Brałem pieniądze, gdy kogoś zwalniałem z podatku, ale gratis broniłem, gdy podatnik był atakowany przez urząd skarbowy. Na przykład gratis broniłem aktorów. Zresztą, na dzień przez ogłoszeniem wyroku wysłałem zaproszenie do gazet, do dziennikarzy, na lampkę szampana do Adrii, z okazji wygranej sprawy. Trzeba wierzyć w siebie i swoje racje.

Pisać książki, to jedno. Doradzać ludziom – coś innego. A życie prywatne? Co na przykład, poza podatkami i poza lekturą zawodową Pan czyta?

Prawie nic. Gazet nie czytam, telewizji nie oglądam. Rzadko książki. Nie mam do nich spokojnej głowy. Beletrystykę czytam, jak jestem w szpitalu.

To było pytanie z podtekstem. Prywatę mam z tym związaną. Bo tak naprawdę chciałam zapytać, co Pan czytał w dzieciństwie. Wtedy to samo podetknę moim synom i w ten sposób zapewnię im równie światłe umysły.

:) A to różnie bywało. Mama, która pracowała od rana do nocy, czasem znajdowała chwilę i w parku czytała nam, mnie i moim kolegom jakąś książkę. Przerywała w najciekawszym momencie. A potem się dziwiła, że z latarką pod kołdrą próbowaliśmy się dowiedzieć, co było dalej. W ten sposób rozwijała w nas zainteresowanie literaturą. Tak poważnie, to mama czytała mi wszystko, co było wtedy dostępne. Potem sam sięgałem po Londona, całego Hemingwaya. Kiedyś dużo czytałem, dzisiaj już nie mam do tego głowy.

Ja mam niezwykle wielki sentyment do takich „starych” książek. Za ich estetykę, nawet pomimo komunistycznej biedy, za kulturę ilustracji. Dzisiejsze książeczki często są bardzo kolorowe, pięknie wydane, ale i tak są tandetne.

Teraz czytam regularnie bajki. U mnie na blogu w poniedziałki jest dzień bajek, więc muszę czytać bajki. Część piszą moi blogowicze, część to klasyka. Ale każda musi mieć puentę. Zacząłem od mojej ukochanej – PTASZKI W KLATCE Krasickiego

„Czegóż płaczesz? – staremu mówił czyżyk młody -
Masz teraz lepsze w klatce niż w polu wygody”.
„Tyś w niej zrodzon – rzekł stary – przeto ci wybaczę;
Jam był wolny, dziś w klatce – i dlatego płaczę”.

Jeden z moich blogowiczów narysował do tego ilustrację. Czyżyk młody leży w hamaku i popija drinka, stary kurczowo trzyma się prętów, a w dymku nad nim – widać go lecącego swobodnie w przestrzeni, na podobieństwo orła. Bajkę o wolności niezwykle szeroko można interpretować, także w kontekście swoich marzeń.
Jak w przypowieści o orle, który wykluł się z jajka podrzuconego do kurnika. Orzeł nie robił użytku ze swoich skrzydeł, nie wiedział, że może. Kiedyś podniósł łebek, i zobaczył orła. Jedna z kur powiedziała mu: „Nie patrz, to orzeł, to król ptaków. My jesteśmy inne”. I orzeł umarł, nie wiedząc o tym, że jest orłem.

Smutne, ale bardzo prawdziwe.

Spotykam się na blogu z młodzieżą, która twierdzi, że ma wielki hamulec rozwojowy w postaci swojej rodziny. Że najważniejsza jest państwowa posada. Że bezpieczeństwo. Stabilizacja.

A co poradziłby Pan młodym ludziom? Mają dziś dróg bez liku. Jak powinni się po nich poruszać, jak wybierać?

Uważam, że nie ma to jak być swoim żaglem, sterem i okrętem. Rodzą się codziennie nowe tematy, nowe technologie. Uważam, że trzeba znaleźć swoje własne miejsce, prowadzić swoją działalność. To wymaga oczywiście motywacji i odwagi. Nie pamiętam już, kiedy to było, ale wydarzyło się naprawdę – był wódz, który popłynął ze swoim wojskiem na wyspę z intencją jej podboju. Kiedy przypłynęli – kazał załodze spalić statki. A potem powiedział im: „Jest nas mniej niż tubylców. Oni znają teren. Nie wiemy, jak są uzbrojeni. Ale my nie mamy jak wrócić do domu.” Trzeba po prostu mieć wiarę, wytrwałość i konsekwencję. Przemyśleć temat, a potem realizować. Niezwykle podobało mi się, jak na jednych targach medycyny widziałem panią, która sprzedawała wiersze wraz z obrazkami wyklejonymi z ususzonych kwiatów. Trochę seryjne to było, ale ona z tych wyklejanek i swoich wydrukowanych na nich poezjach uczyniła produkt. Nikt wcześniej o tym nie myślał, nie było popytu, bo i nie było podaży. Pojawiła się podaż, to i popyt się znalazł. Dlatego jak ktoś mnie pyta: „A gdzie funkcjonuje takie rozwiązanie, w jakim kraju?”, ja odpowiadam: „No właśnie w żadnym!„

Naśladowcy nie odnoszą sukcesów!

Trzeba być pierwszym! To pierwsi przechodzą do historii, jak van Gogh. Kopiści mogą malować ślicznie, ale to tylko powtórki. Ludzie wpadają na różne fajne pomysły i tak powinno być. Ja w szkole prowadziłem firmę ubezpieczeniową, w szarej strefie. Ubezpieczałam od dwóch rzeczy. Od jazdy na gapę – jak kogoś złapał kontroler, to miał potem stosowną rekompensatę, więc się nie martwił. I ubezpieczałem od dwójek. Jak ktoś dostał dwóję, to otrzymywał buteleczkę oranżady, i całkiem nawet był zadowolony. Dwóje można było poprawić, a co wypił, to jego. Ta dwója nie sprawiała takiego bólu.

Jest Pan ikoną pokolenia i pewnego sposobu myślenia.

Byłem. Piętnaście lat temu.

Bo się Pan medialnie schował, ale w świadomości ludzi ciągle Pan funkcjonuje. I banalne pytanie, tak na koniec – dlaczego nie ma Pana na Wikipedii?

A co to jest? :) Nie wiem. Jest szansa dla kogoś, żeby mnie opisać.

Panie Krzysztofie, bardzo dziękuję za rozmowę. Życzę jeszcze wielu, wielu świetnych książek, nie tylko jednej, a serwisowi Lesznowola24 więcej takich fascynujących rozmówców.

Dziękuję!

Wywiad przygotowała dla lokalnego serwisu informacyjnego www.lesznowola24.pl Agnieszka Lis – dziennikarka, pianistka, pisarka („Jutro będzie normalnie”, 2011), mieszkanka Gminy Lesznowola.