Strona Główna  |  Materiały do pobrania |  Mapa strony |  Kontakt

"Pomysłów dostarcza mi życie"

przeglad-czytelniczy.blogspot.com, styczeń 2016

Agnieszka Lis

Agnieszka Lis jest autorką powieści obyczajowych. Jej najnowsza książka, "Pozytywka" ukazała się na rynku 13 stycznia i zbiera ciepłe opinie recenzentów. Kim jest kobieta, która tworzy dojrzałe, życiowe historie? Czy tytuł jej powieści związany jest z konkretnym, szczególnym dla niej przedmiotem? Skąd autorka czerpie inspiracje? Przekonajcie się sami.

W konkursie, w którym do wygrania jest egzemplarz Pani powieści, zapytałam czytelników, komu podarowaliby swoją pozytywkę i jaką melodię wybrali dla tej osoby. Ciekawa jestem, jak Pani odpowiedziałaby na to pytanie?

To byłaby długa odpowiedź (śmiech). Jestem muzykiem z wykształcenia, i uczę muzyki w szkole muzycznej. Stąd też z muzyką jest mi bardzo po drodze... Nie mogłabym wybrać jednego utworu muzycznego. Nie potrafiłabym.

A gdyby Pani musiała?

To pewnie skłoniłabym się w stronę Bacha. Jest ponadczasowy, transcendentny, intelektualny… Bach zawiera w sobie wszystko, więc pewnie byłby to Bach. Tylko czy akurat Jan Sebastian nadaje się na pozytywkę?

Dlaczego właśnie „Pozytywka”? Skąd pomysł na tytuł? Czy ma Pani jakieś wspomnienie związane z pozytywką?

W moim domu lubimy jedną pozytywkę. Jest świąteczną, spokojną melodią, przy której chętnie zasypiały kiedyś moje dzieci. Dzisiaj rzadko ją otwieramy, może szkoda. Myślę, że to pudełko zwiera w sobie pamięć tamtych spokojnych godzin, w którym dziecko usypia… wie Pani swoją drogą, że to też tytuł utworu muzycznego?

Dziecko usypia?

Tak. To jedna z części cyklu Roberta Schumanna. Ot, belfer ze mnie wychodzi.

A komu podarowałaby Pani taką wymarzoną, bachowską pozytywkę?

Jak to komu? Mężowi, oczywiście! I to własnemu!

Jak narodził się pomysł na fabułę „Pozytywki”?

Przez wiele lat pracowałam w korporacyjnym kieracie i długi czas byłam przywiązana złotym łańcuchem do swojej pracy. Dużo we mnie i moim rozumieniu świata zmieniły narodziny moich dzieci. Po powrocie z macierzyńskiego do razu dostałam wypowiedzenie, i to w obydwu przypadkach. Zaczęłam myśleć, że może w tym błyszczącym świecie jednak coś nie gra. Z ostatniej korporacji zostałam zwolniona – i to był jeden z najlepszych momentów w moim życiu. W którymś momencie zebrałam obserwacje z tych kilkunastu lat. Okazało się, że ten brutalny świat, pozbawiony empatii i ludzkich uczuć, nastawiony wyłącznie na wynik, jest tematem do opisania. Jednak nie był tematem wystarczającym. Kiedy wymyśliłam bohaterkę, ona musiała być kimś, nie chciałam mieć bohaterki – karierowiczki, bo to byłaby książka o niczym. I tak powoli rodziła się osoba, która zaczęła mieć życie, zaczęły ją otaczać inne postaci… powstała Monika, Monique. Tak naprawdę pewnego dnia przyszła do mnie podczas zmywania. Usiadła na blacie, wydęła usta i powiedziała zirytowana – idź, zapisz mnie. Cóż miałam robić? Po prostu zakręciłam wodę, wytarłam ręce i chwyciłam pierwszą lepszą kartkę. Tak powstał wstępny konspekt powieści.

Skąd czerpie Pani inspirację? Zastanawiam się, czy zapisuje Pani gdzieś pomysły, które wpadną do głowy?

Pomysłów dostarcza oczywiście życie. Uwielbiam jeździć autobusem. Albo wejść w tłum ludzi spieszących gdzieś w centrum miasta w godzinach szczytu. Mnóstwo się tam dzieje, mnóstwo można „podejrzeć”. Stety-niestety mieszkam w miejscu, gdzie nie ma autobusów. Więc tylko czasami zażywam tej rozkoszy podsłuchiwania… ale nie nagrywam, do razu dodam, żeby nie tworzyć żadnych powiązań (śmiech). I oczywiście, zapisuję. Kiedyś usłyszałam, że każdy pisarz musi mieć swój kajecik, który zawsze powinien mu towarzyszyć. Taki notatnik na pomysły, gdzie zapisywać trzeba „flesze”, błyski, takie obrazy – inspiracje. Ja kajecik mam oczywiście, markowy i legendarny kajecik z gumką i zapisuję tam pomysły, ale nie noszę go ze sobą. Jeśli wpadnie mi do głowy pomysł, staram się go zapamiętać. Czasem się udaje, czasem nie, ale mam przekonanie, że jeśli go nie zapamiętałam przez parę godzin, to nie był tego wart. Inaczej trochę jest z pomysłami, które przychodzą tuż przed snem. W takim stanie ni to snu, ni jawy. W jakimś granicznym świecie. Jeśli wtedy przyjdzie mi do głowy jakiś pomysł, z całą pewnością go nie zapamiętam. I rano bardzo tego żałuję, bo mam przekonanie, że to był dobry, świetny pomysł. Muszę je więc zapisywać. Stąd też brulion leży właśnie przy łóżku. Niemniej, życie weryfikuje te przekonania o cudowności nocnych pomysłów. Rano często okazuje się, że to była jakaś bezładna projekcja pomieszanych wrażeń z całego dnia. Ale czasami… cóż, czasami jest to pomysł warto uwagi i dlatego warto zapisywać. Chociaż niestety, jeśli wybudzę się ze snu i zapiszę pomysł, to potem mam problemy z zaśnięciem. Muszę liczyć książki na półce… a to zawsze długo u mnie trwa. Mam ich po prostu dużo. :)

Kto był pierwszym czytelnikiem „Pozytywki” i jaką opinię otrzymała Pani od tej osoby?

Moja przyjaciółka. Nie była obiektywna i jej się podobało. Potem był mąż przyjaciółki i ten to pojechał! Był dla mnie dużym wsparciem. Zwrócił mi uwagę na niektóre postaci, uznał je za martwe. Pomógł mi zauważyć, że w kilku miejscach w fabule brakowało sensownego łącznika… bardzo mi pomógł. Nie mogę niestety dawać książek do recenzji mojemu mężowi, bo jemu się po prostu podobają. To cudowne, ale na etapie redagowania książki potrzebna jest konstruktywna krytyka.

Czy lubi Pani spotykać się ze swoimi czytelnikami? Jakie sygnały do Pani docierają?

Nie wyobrażam sobie, żeby się z Czytelnikami nie spotykać! Bardzo, bardzo to lubię. Ja w ogóle lubię rozmawiać z ludźmi. Jestem gotowa pojechać na spotkanie nawet daleko, byle móc porozmawiać… Mam bardzo dobre doświadczenia z takich spotkań. Oczywiście, jest spora grupa osób, która tylko przytakuje. Wszystko jest „ładne” i jest to dla nich wystarczające. Spotykam także ludzi bardzo krytycznych, dla których z kolei nie było istotne, co mam do powiedzenia, i tak byłam i jestem niewystarczająco dobra, moje powieści są płytkie, a opowiadane historie banalne. Jednak największa grupa Czytelników to ludzie, od których dostaję żywy, emocjonalny przekaz. Potrafią dyskutować, czy bohater powinien postąpić tak czy inaczej. Czy tak by postąpił? Pytają: dlaczego? Mówią, że książka kosztowała ich dużo emocji… albo że nie rozumieją, dlaczego coś – wątek, wydarzenie - wygląda, potoczyło się tak, a nie inaczej. Zdarzyło mi się także usłyszeć, że nie zgadzają z wyborem bohatera, albo postać była ich zdaniem skonstruowana niewłaściwie… To są piękne, bogate dyskusje, nie tylko o książkach. Kiedyś z takiej dyskusji wyszedł mi cykl spotkań warsztatowych z kreatywnego pisania. To było fantastyczne doświadczenie.

„Pozytywka” to Pani trzecia powieść. Która z nich była dla autorki najtrudniejsza, obciążona największym ładunkiem emocjonalnym?

Oczywiście pierwsza, ale ta się nie ukazała i nie ukaże. Jest po prostu niedobra. Wrzuciłam w nią wiele różnych osobistych doświadczeń, pewnie przerobiłam różne smutki i niedobre doświadczenia, jednocześnie ucząc się trochę warsztatu. Trochę. Czytając później tę powieść widziałam i słyszałam, że fabuła nie gra, narracja się sypie, sceny są źle skonstruowane, a język jest naiwny… Zaczęłam wtedy szukać, uczyć się, podglądać, słuchać innych, czytać o pisaniu… Każdy piszący powinien przejść podobną drogę, oczywiście dostosowaną do własnych oczekiwań i możliwości. Dzisiaj z całą pewnością nie piszę już o sobie, jednak zawsze jakieś elementy osobiste w książce się znajdą. Bardzo to będzie odkrywcze, jeśli powiem, że pisarz jest też człowiekiem, z całym bagażem swoich doświadczeń J. Dlatego nie mam problemu na przykład z tym, żeby część akcji powieści umieścić w moich rodzinnych stronach. Tak jest zresztą i w „POZYTYWCE”. Niemniej ładunek emocjonalny jest w każdej powieści. Nie może go nie być, inaczej historia byłaby nudna.

Proszę opowiedzieć czytelnikom o planach zawodowych na przyszłość.

Pisać, pisać, i jeszcze raz pisać. Mam napisane kilka rzeczy – cykl bajek dla dzieci, zbeletryzowaną historię muzyki dla dzieci, jednoaktową sztukę teatralną… piszę kolejną powieść, jedna czeka na przeróbkę, jedna czeka na korektę. Tak, pisanie to jest to, co lubię najbardziej.