Strona Główna  |  Materiały do pobrania |  Mapa strony |  Kontakt

SZUKAŁAM MIEJSCA, W KTÓRYM CZYTELNIK BĘDZIE MÓGŁ SAM TĘ HISTORIĘ ROZWINĄĆ – WYWIAD Z AGNIESZKĄ LIS

martamrowiec.pl, luty 2016

Jakiś czas temu mogliście przeczytać recenzję Pozytywki. Dzisiaj zapraszam Was na wywiad z autorką. To pierwszy wywiad w nowym roku.

Jako małe dziewczynki każda z nas marzy, że będzie nauczycielką, aktorką, piosenkarką. Kim chciała być mała Agnieszka?

Baletnicą, oczywiście! Piosenkarka też była w planach. Potem bycie pianistką było moim marzeniem aż do dorosłości. W końcu dostałam dyplom ukończenia Akademii Muzycznej i zostałam pianistką… A w dorosłym życiu chciałam i chcę zostać pisarką. Może kiedyś uda mi się spełnić to marzenie?

Kiedy pojawiła się w Twoim życiu myśl o tym, by jednak zacząć pisać książki? Była to przemyślana decyzja czy raczej działanie pod wpływem impulsu?

Nazwałabym to potrzebą. Taki mus, który nie wiadomo skąd się bierze, uciska, uwiera i coś trzeba z nim zrobić. Pisałam od zawsze, ale jakieś drobiazgi, nastoletni etap poezji (niestrawnej w moim wykonaniu) też oczywiście miałam. Jednak ciągle gniotło… aż napisałam pierwszą powieść. Była do kitu, nie zamierzam jej publikować, ale przekonałam się, że można, tylko trzeba się dużo uczyć. Więc uczę się ciągle, i ciągle, i może w końcu się nauczę…

Jesteś autorką cyklu bajek, które wygrały ogólnopolski konkurs. Dzieci są bardziej wymagającymi czytelnikami? Łatwiej pisze się właśnie dla dzieci, czy dla dorosłych?

Dzieci są doskonałymi obserwatorami. Uważam je także za bardziej uważnych czytelników od dorosłych. Natychmiast wyłapują każdy fałsz. Czytałam te bajki dzieciom w przedszkolu u mojego syna – nie dało się nic ukryć. Jeśli któryś fragment był słabszy, dzieciaki natychmiast zaczynały się wiercić. Co ciekawe, czasami dopiero po ich reakcji docierało do mnie, że dany fragment naprawdę wymaga zmiany. Potrzebny jest zewnętrzny recenzent, a dzieci są bezwzględnym, bo absolutnie szczerym krytykiem.

W swojej najnowszej książce poruszasz bardzo trudne tematy. Skąd pomysł na fabułę?

Z życia 😉 Zaczęło się od obserwacji korporacyjnego życia. Pracowałam w tym kieracie kilkanaście lat, nie wszystko da się opisać… Spotkałam się zarówno z uznaniem dla faktu, że ten świat jest tak w mojej książce opisany, jak i z krytyką, że tak nie wygląda… Otóż wygląda. A nawet jeszcze gorzej. Przede wszystkim dotyczy to postaci Roberta – którego z premedytacją stworzyłam jako prostaka, który zagubienie przykrywa chamstwem, bezmyślnością, a na to wszystko nakłada markową koszulę i garnitur. Oczywiście, że byłoby uproszczeniem, gdyby chcieć twierdzić, że wszyscy korporacyjni panowie tacy są. Oczywiście, że tak nie jest. Niemniej jednak…
Zespół Edwardsa „zawitał” do książki jako trudne przeżycie jednej ze znajomych.
A potem to już wyobraźnia…

Przyznam, że dla mnie zakończenie Pozytywki mogło być bardziej rozwinięte. Dlaczego nie zdecydowałaś się pokazać z szerszej perspektywy losów Moniki? Celowo, czy tak po prostu ta historia miała się dla Ciebie skończyć?

Szukałam miejsca, w którym Czytelnik będzie mógł sam tę historię rozwinąć. Zakończyłam podstawowe wątki. Historię Adasia, a przede wszystkim doprowadziłam opowieść do momentu, w którym główna bohaterka, Monika, odnajduje siebie na tyle, żeby dalej zwyczajnie żyć. Z trudem, troską i codziennym zmęczeniem – ale żyć, a nie karać się, jak robiła to niemal w całej historii. Być może jednak powinnam jej przeżycia poprowadzić dalej. Kilka Czytelniczek mi to zasugerowało, i pewnie w następnej książce zastanowię się znacznie bardziej nad zakończeniem.

Co ciekawe Pozytywka zbiera pozytywne recenzje, jak i negatywne. Spodziewałaś sobie krytyki? Jak sobie z nią radzisz?

Co tu ukrywać – przejmuję się. Przede wszystkim tą krytyką, która jest konstruktywna. Już wiem, że na przykład zakończenie powinno być (być może?) inne – wyraźnie takie jest oczekiwanie Czytelników. Kilka innych problemów poruszonych w recenzjach też dało mi do myślenia.
Po prostu traktuję recenzje, szczególnie te z zastrzeżeniami, jako naukę.
Nie przejmuję natomiast się hejtem, bo i z takim się zetknęłam. Chociaż mnie dziwi – bo hejt to wyraz zazdrości, a czego mi zazdrościć?
W sumie cieszę się z emocjonalnych wypowiedzi Czytelników. Jedni piszą, że główna bohaterka ich wkurza. I dobrze! Taka miała być. Ciapowata, rozlazła, aby potem… nie będę zdradzać za dużo. Inni z kolei relacjonują, że pierwsze sto stron świetne, a potem… jeszcze inni odwrotnie – że pierwsza setkę czytali z trudem, a potem nie mogli się oderwać. Są tacy, co krytykują język – że za prosty. Inni mówią – że szlachetny. Nie mnie oceniać. Ocena należy do Czytelników, i cieszy mnie że jest taka jaka jest. Zróżnicowana, co pokazuje emocje. A po co piszemy? Dla emocji przecież.

Obecnie blogi recenzenckie stanowią sporą część przestrzeni internetowej. Myślisz, że są one potrzebne?

Myślę, że gdyby nie były potrzebne, to by ich nie było. Potrzeba Czytelnikom przewodnika, który poradzi: „to czytaj”. Ale nie krytyka literackiego, która sięga wyłącznie po książki trudne (głównonurtowe?, artystyczne? – zwał jak zwał), tylko kogoś o podobnym guście, zbliżonym oglądzie świata.
Myślę, że blogi są w tej chwili bardzo opiniotwórcze, być może w powieści obyczajowej to w tej chwili najsilniejsza płaszczyzna wymiany poglądów.

Sama po jakich autorów sięgasz? Kogo czytałaś w ostatnim czasie i możesz polecić?

Czytam bardzo dużo. Obyczaj, kryminały. Także pozycje „artystyczne”. Polskie i zagraniczne. Sensację. Poza romansem – prawie wszystko. Jeśli chodzi zaś o polecenia – będą patriotką. Moja koleżanka, Dagmara Andryka, napisała książkę pod tytułem „Tysiąc.” Jak dla mnie znakomity kryminał z nutką grozy. Polecam.

Z innej beczki. Pisałaś też dla czasopism muzycznych. Kogo zaliczasz do swoich ulubionych artystów, jakiej muzyki słuchasz?

Jestem pianistką, więc to nie przypadek, że słucham głównie muzyki fortepianowej, chociaż oczywiście nie tylko. Moim ukochanym pianistą jest Krystian Zimerman – o nim zresztą była moja praca magisterska. Ale to tylko jeden z wielu. Słucham różnej muzyki, nie ograniczam się.

Gdybyś miała w trzech słowach określić Agnieszkę Lis, jakie słowa byś wybrała?

A mogą być dwa?

A mogę się nie zgodzić? 😉 Zostańmy zatem przy dwóch.

Arszenik i koronki. To były trzy… (śmiech).

Arszenik brzmi intrygująco 😉

Jak to kobieta – słodka trucizna

Załóżmy, że masz do wyboru skok na bungee lub długą, spokojną przejażdżkę konno. Co wybierasz? Jesteś typem ryzykantki czy raczej ostoi spokoju?

Nie mam jednoznacznej odpowiedzi. Bo raczej jestem spokojna i wyważona – przynajmniej mam nadzieję, że taka się stałam w ostatnich latach. Że trochę dorosłam.
A z drugiej strony – uwielbiam przestrzeń i wysokość. Jednym z lepszych przeżyć w moim życiu było latanie na motolotni. Wprawdzie instruktor nie powiedział mi, że przy sprzyjającym wietrze wyłączy silnik i cisza w powietrzu była dla mnie… zaskakująca… może nawet niekomfortowa, delikatnie mówiąc. Wtedy nie było mi w każdym razie do śmiechu, przynajmniej przez chwilę. Niemniej skok na bungee? Czemu nie?

Skok polecam! 😉 Masz jakieś pasje, coś czemu poświęcasz wolny czas?

Mam małe dzieci – to tyle w kwestii wolnego czasu 😉
Jeśli chodzi o pasje – pisanie. Przede wszystkim pisanie i potem długo, długo nic. No, może poza czytaniem. A poza tym lubię robótki czysto domowe – uwielbiam na przykład gotować. Nie tylko z konieczności dla rodziny, ale także dla przyjemności. Lubię uprawiać ogród. Szyć, szydełkować i haftować. Jestem nie z tej epoki?
Mówiłam przecież…

Na zakończenie zdradź bez jakich trzech rzeczy nie wychodzisz z domu? 😉

Nawet do pracy nie wychodzę bez aktualnie czytanej książki.
Zawsze mam w torebce puderniczkę i błyszczyk.
No i – znak czasów, który nie pozwala mi rozgościć się w poprzedniej epoce – zawsze mam ze sobą telefon. Też tak masz, że bez telefonu jak bez ręki?
A widzisz…

Teoretycznie tak. Dziękuję za rozmowę 😉